poniedziałek, 17 maja 2010

der prozess

Kiedy pierwsza kropla skapnęła z kranika na wskazujący palec wujka, była już głęboka noc, niecałe dwie godziny przed świtaniem. Księżyc musiał świecić wtedy bardzo jasno, poznałem to po kolorze. Po prostu to co mieściło się w smukłej bulelce miało kolor młodego bursztynu. Zaraz, księżyc i kolor bursztynu, zapytasz?
A właśnie tak. Bowiem, to co mieści się w butelce to negatyw, esencja tej nocy skraplana powoli kropelka po kropelce, uczciwie i bez pośpiechu, w chłodną mazurską noc roku pańskiego anno domini.
Wujek próbuje tylko tę pierwszą kropelkę. W zasadzie nawet nie próbuje, po prostu potwierdza quality, którą trzyma na najwyższym poziomie już od lat, kontynuuje dzieło swoich przodków, którzy doprowadzili ten prosty chemiczny proces do absolutnej perfekcji.
Wiem, wiem, ciągle nie daje Ci spokoju ten negatyw, jak negatyw? Normalnie: nietajemne składniki w tajemnych proporcjach, nietajemny proces prowadzony w sekrecie, do tego miłość włożona przez Twórcę, ekstatyczny stan i ponadświadomość metafizycznej konieczności tworzenia, sprzyjające warunki przyrody, srebro Miesiąca rozrzucone po całej okolicy, poezja i tajemnice. To jest pozytyw, który wujek potrafi przefiltrować w negatyw zakorkowany. Dlatego jak na kliszy fotograficznej, to co jest ciemne na negatywie jest jasne na odbitce i odwrotnie, stąd bursztynowy kolor.
Tego wieczora kiedy Antoni obchodził urodziny, dokonaliśmy procesu przekształcenia, ba! przemiany bursztynowego w srebrne. Każdy z nas zamienił się w Wielkiego Alchemika i za pomocą niedużego kryształowego pucharka wprowadził esencję do najdoskonalszego katalizatora – do swojego organizmu. Pozytyw, jasny i czysty, ostry gdzie trzeba, kontrastowy i pokazujący najdrobniejsze detale. Harmonia i Spokoj, Love i Peace, Flip i Flap, Clint i Stwood. Młode delfiny w kryształowej wodzie helleńskiego oceanu...
W ten sposób, dzięki wujkowi i urodzinom Antoniego przetrwaliśmy Noc Muzeów w mieście Gdańsk w roku obecnie okrągłym.
Pozdrawiam raz jeszcze.
Uh.
P.S. W ciemnych latach osiemdzięsiątych poprzedniego stulecia, za bycie artystą pokroju wujka, groził rok bezwględnej odsiadki bez apelacji.
Lechu! Dziękujemy Ci i za to!

środa, 12 maja 2010

(m)oralnik

Czasem trzeba coś zjeść. Naturalnie lodówka jest pełna, ale nie ma w niej TEGO, więc zaczyna się w myślach nerwowy przegląd najbliższych lokali, które posiadają w jadłospisie to COŚ. I dziś właśnie tak się stało. Potrzeba była zjeść coś, co zmiecie skutecznie wpomnienie wypitych od rana kaw, ogryzionych tabliczek czekolady, słowem słodko-mdlącego posmaku codziennej konieczności. Kawałeczek pikantnej poezji. Kęs mały, lecz finezyjnie zaprogramowany na zapewnienie intensywnej acz nie forsownej wyprawy w głąb strączka chilli.
Oczywiście niczego takiego w najbliższej okolicy nikt nie oferuje.
Ale myśl została rzucona i rośnie głodem, rozrasta korzeniami, oplata mackami i po chwili wiadomo, że jest już ideą, jedynym instynktem człowieka, który nie jadł nic od 3 dni i jeśli natychmiast nie KUPI czegoś do jedzenia, to nie będzie jadł przez kolejne 3.
Jasnym jest, że taka potrzeba musi być zrealizowana natychmiast, już, tu i teraz. Absolutnie wykluczone jest oczekiwanie na kelnera. Czas między przyjęciem zamówienia, a wyczarowaniem go przez przraźliwie spokojnych kucharzy jest czasem śmierci klinicznej a jak wiadomo owo wędrowanie w stronę światła może trwać całą wieczność.
Zatem pozostaje fast food, cudowna recepta, eliksir młodości, miłości i piękna.
Fast food, który ma to COŚ. Obojętnie, czy jest to światowa Spicy sieć, czy vietnamska słodko-kwaśna budka, czy pajęcza sieć z kebabem, wszystkie te miejsca zaspokajają wszystko co ludzkie. Natychmiast!
Zaspokojenie to przebiega w trzech fazach, dokładnie odwrotnych niż wymyślili to Johnson i Masters. Najpierw jest orgazm, czyli zaspokojenie. Trwa tak samo krótko jak ten łóżkowy, niestety jest zdecydowanie mniej efektowny. Potem następuje stan podniecenia, kiedy zmysły zaczynają odbierać bodźce takie jak smak i zapach, z tym, że jest to podniecenie dość niezdrowe, po prostu zaczynasz rozumieć, co masz w ustach … I tu zaczyna się gra wstępna do tego, jak z tej całej sytuacji wyjść z twarzą, a nie gębą. Analiza - że to nie jest takie złe - ma kalorie i witaminy oraz sól - składniki niezbędne do życia (z tym, że w ilościach niezbędnych do życia skrócenia), powoduje chęć ucieczki, panicznej ucieczki od OBCEGO dobrowolnie wprowadzonego w swój własny organizm.
Późniejsze dolegliwości gastryczne są tylko uzupełnieniem czegoś, co nazywa się (m)oralnikiem, paskudnym uczuciem sponiewierania swoich ust czymś absolutnie wstydliwym...
Wycieranie ust cienką serwetką nie zmywa cisnacych się słów: nig...dy...
Oczywiście, do następnego razu.